To historia o tym, jak zmieniało się moje postrzeganie roli technologii w biznesie i dlaczego skuteczna transformacja cyfrowa (jak ja nie lubię tego określenia!) wymaga znacznie więcej niż tylko wdrażania najnowszych rozwiązań.
Znajdziesz tutaj praktyczne wnioski z pierwszej linii frontu. Opowiadam o moich doświadczeniach, błędach i odkryciach, nie zabraknie również anegdotek i porad w odniesieniu do wprowadzania zmian technologicznych w firmach.
Początki
Byłem w trzeciej klasie liceum, gdy zgarnąłem (bo jak inaczej to nazwać?) jeden z pierwszych, poważnych komercyjnych projektów – projektowanie aplikacji na iPhone’a dla fanów Pittsburgh Penguins we współpracy z Uniwersytetem Carnegie Mellon. Wisienka na torcie? Nigdy wcześniej nawet nie trzymałem rękach smartphone’a, a co dopiero iPhone’a.
Z perspektywy czasu uderza mnie jednak inna rzecz, która idealnie obrazuje moje pierwsze podejście do technologii: byłem tak zapatrzony w techniczne wyzwania, że kompletnie przegapiłem szerszy obraz tego, jak zmienialiśmy doświadczenia fanów. Dzisiaj nie robi to na nikim wrażenia, ale w tamtym czasie możliwość zobaczenia na swoim smartphonie statystyk meczu czy powtórek z najciekawszych akcji, była czymś zupełnie nowym i totalnie unikatowym.
W tamtych czasach mój świat kręcił się wokół interfejsów, technicznych detali i ostatecznie linijek kodu. Byłem kwintesencją technicznego zapaleńca, mierzącego sukces tym jak eleganckie i złożone jest przygotowane rozwiązanie. Wpływ na biznes? To był problem kogoś innego – a przynajmniej tak mi się wydawało. Tak samo jak kwestia długoterminowego rozwoju i utrzymania, przełamywania różnego rodzaju barier organizacyjnych czy chłodno skalkulowanego zwrotu z inwestycji.
Zderzenie z rzeczywistością biznesową
Rzeczywistość tak na poważnie uderzyła mnie pomiędzy 23 i 24 rokiem życia. Jako founder In’saneLab znalazłem się w sytuacji, w której mam pod sobą trzy zespoły w Polsce (koordynuję pracę, do tego otworzyliśmy biuro z sales’ami w USA, utrzymuje relacje z inwestorami (trafiliśmy świetnie! poza workiem pieniędzy dostaliśmy masę mentoringu i kontaktów, które znacznie przyspieszyły rozwój zarówno nas, a co za tym idzie – firmy) i próbuję trzymać głowę nad wodą. Zaczynam rozumieć, że przychodzi mi mierzyć się z zupełnie nowymi problemami i to niekoniecznie takimi, których się spodziewałem. O ile z technicznymi aspektami w projektach dajemy radę, to ja sam jeszcze nie widzę świadomie tego, jakie problemy zaczynają pojawiać się na horyzoncie. Z perspektywy czasu były to rzeczy oczywiste – między innymi pierwsze większe konflikty w zespole, różne wizje na dalszy rozwój firmy czy dający się we znaki kredyt zaciągany na własnym zdrowiu.
Do tego wszystkiego codziennie staram się to wszystko ogarnąć, próbując jednocześnie skończyć studia (mamo – przepraszam za wszystkie kłótnie o skończenie studiów!) i zachować jakieś pozory życia osobistego (spoiler alert – to udaje się dopiero kilka lat później). .
Paradoksalnie (a przynajmniej wtedy myślałem, że jest to paradoksalne), mimo że byłem założycielem “firmy technologicznej”, technologia stała się dla mnie narzędziem do rozwiązywania problemów biznesowych. Nie jak kiedyś, celem samym w sobie. To była dziwna zmiana – z jednej strony wciąż kochałem kodować i zagłębiać się w techniczne detale (nadal kocham obydwie rzeczy!), ale z drugiej zacząłem patrzeć na te czynności przez pryzmat tego, co dają klientowi i firmie. Nie wiem czy to kwestia szczęścia, czy pierwsze przejawy dojrzałości biznesowej, ale pamiętam, że w tamtym okresie zacząłem już na poważnie dostrzegać, że “sama technologia” za chwilę nie będzie się sprzedawała.
Nie ukrywam, miałem w tamtych latach mnóstwo szczęścia. Jeśli zmiana na rynku przyszłaby kilka lat wcześniej, to moja firma zupełnie by nie wypaliła, albo zderzenie z rzeczywistością byłoby jeszcze bardziej brutalne. Na szczęście było inaczej chociaż kilka lat później finalnie zdecydowałem się zrobić “exit” i sprzedałem In’saneLab. To jednak historia na zupełnie inny dzień – sama w sobie zasługuje na osobny tekst.
Możesz teraz zapytać – no dobra, ale co dalej? Złapałem oddech i znowu rzuciłem się w wir pracy. Nie to jest jednak najważniejsze. Cały czas z tyłu głowy miałem tę myśl, o której wspomniałem wcześniej – tę, w jaki sposób technologia może zostać scalona z moim postrzeganiem biznesu. Zmiana nadeszła szybciej niż mi się wydawało. Stało się to podczas pracy jako CTO w ANT Solutions. Mieliśmy zespół 70+ developerów, wymiataczy takich jak Piotr (nigdy później nie poznałem osoby, która mimo głębokiej wiedzy technicznej, rozmawia “z biznesem” tak dobrze) czy Kuba (do dzisiaj zazdroszczę tempa w jaki uczy się nowych rzeczy), a ja stanąłem przed wyzwaniem zupełnie innym niż się spodziewałem.
Moim zadaniem było przygotowanie, a następnie wykonanie migracji z legacy do nowszych rozwiązań oraz umożliwienie działania rozwiązania w chmurze. Zadanie o tyle trudne, że wymagało przemigrowania 10 lat pracy kilku zespołów programistycznych, przekonania klientów (czyt. wielkich korporacji) do proponowanej zmiany (w tym również wymagania prawne, polityki firmowe czy ponowne walidacje systemów), a jednocześnie zachowując kilkuletni wsparcia dla istniejących rozwiązań.
Dobrze przeprowadzona zmiana dawała firmie szansę nie tylko na utrzymanie dotychczasowego tempa rozwoju, ale też na zbudowanie zupełnie nowych możliwości. W przypadku popełnienia grubych błędów – w najlepszym wypadku – kolosalne straty i wycofanie się z projektu. Nie muszę Ci chyba mówić, którą z tych opcji wolałem bardziej.
To czego wtedy nie doszacowałem, to to, że moja rola nie była jedynie związana z technologią – chodziło o przeprowadzenie nas i klientów przez proces transformacji. Nie wszyscy w firmie byli zachwyceni naszymi inicjatywami (delikatnie mówiąc), od części osób w zespołach technicznych po handlowców (którzy zdecydowali mieli ku temu swoje powody). Była frustracja (“mamy masę roboty, a trzeba się użerać z ludźmi”), tarcia (“znowu nie rozumieją co do nich mówimy”) i… brak zrozumienia jak bardzo złożony jest temat, którego się podjąłem.
Myślę, że połowa moich siwych włosów pochodzi właśnie z tamtego okresu. Wspominam ten czas jako okres mocnego zajadania stresu, wymieszanego z bardzo szybki rozwojem i… nocnych partyjek w Heroes 3 – tak odreagowywaliśmy stres, na naszym świeżutkim mieszkaniu, które wtedy wykańczaliśmy.
Te doświadczenia były kluczowe w kształtowaniu mojego podejścia do technologii, a kolejny przełom w myśleniu przyszedł dopiero, gdy znalazłem się w zupełnie nowym środowisku. Musiałem wyjść poza znajome środowisko zespołów technicznych i zmierzyć się z zupełnie inną perspektywą – osób, dla których technologia była czymś obcym, a czasami niepokojącym.
Zaczynam wychodzić ze swojej bańki
Moje spojrzenie na transformację technologiczną przeszło kolejną (trzecią!) zmianę podczas pracy w Harbingers. Po latach spędzonych głównie z zespołami technicznymi, wylądowałem w kompletnie innym środowisku – takim, gdzie większość moich kolegów i klientów miała taki sam stosunek do kodu jak do hieroglifów (do czego mają pełne prawo!). Ta zmiana okazała się nieoczekiwanie pomocna w odniesieniu do tego czym zajmuję się teraz, ale o tym za chwilę.
Tradycyjne podejście, które znałem, czyli takie, w którym wewnętrzne IT lub zewnętrzni dostawcy budują rozwiązania – miało fundamentalną wadę: zajmowało mnóstwo czasu i zasobów. Do tego trzeba było poświęcić mnóstwo czasu na to, aby outsiderzy (tak, można być outsiderem nawet w firmie, w której się pracuje) naprawdę zrozumieją procesy i potrzeby firmy.
To, co odkryłem, było banalne w swojej prostocie: osoby, które najlepiej rozumieją procesy, są często najlepiej przygotowane do ich transformacji – potrzebują tylko odpowiednich narzędzi i wskazówek (no i czasem kopniaka motywacyjnego).
W teorii brzmi to bardzo dobrze, ale potrzebna była weryfikacja. I ta przyszła właśnie w Harbingers, w trakcie serii 4 warsztatów w maju 2023 roku. Mając zaledwie jedną dodatkową osobę techniczną zaangażowaną w projekt, pomogliśmy nietechnicznym zespołom wygenerować ponad 500 godzin oszczędności i dodatkowe 20 000 PLN na przestrzeni miesiąca – wszystko to pracuje nadal, każdego miesiąca, generując kolejne przychody.
Co było w tym naprawdę zaskakujące? Nie natychmiastowe rezultaty (chociaż przyznaję – jestem z nich dumny), ale obserwowanie, jak te zespoły kontynuują to czego wtedy się nauczyły i budują nowe rozwiązania, znacznie wykraczające poza to od czego pierwotnie zaczęliśmy.
Droga do tego sukcesu nie była jednak prosta. Z moich obserwacji wynika, że każda organizacja przechodzi przez charakterystyczne etapy adopcji AI czy automatyzacji:
- Pierwsze kroki: w firmie mamy indywidualne eksperymenty, które trzeba przekuć w systematyczne działania (czytaj: kiedy szef zauważa, że ludzie coś kombinują)
- Świadome wdrażanie: gdy pierwsze sukcesy trzeba zamienić w powtarzalne procesy (i przestać się chwalić każdym “zautomatyzowanym mailem”)
- Systematyzacja i rozwój: gdzie udokumentowane sukcesy i przeszkolone zespoły tworzą fundament pod szerszą adopcję (i wszyscy nagle chcą być w projekcie)
- Integracja i innowacja: kiedy technologia wrasta w podstawowe procesy biznesowe (i nikt już nie pamięta, jak to było „przed”)
- Strategiczna przewaga: na tym etapie organizacja nie tylko efektywnie wykorzystuje technologię, ale potrafi przewidywać i adaptować się do nowych możliwości, jakie technologia stwarza.
Wszystkie te doświadczenia i obserwacje złożyły się na głębsze zrozumienie tego, jak naprawdę działa transformacja technologiczna w organizacjach. To, co początkowo wydawało się prostym procesem wdrażania nowych narzędzi, okazało się znacznie bardziej złożonym wyzwaniem, wymagającym szerszego podejścia do zmiany. W oparciu o nie przygotowałem framework, który pozwala na identyfikację na jakim obecnie etapie jest firma i co musi zrobić (nie tylko z perspektywy technologii), aby wejść na kolejny poziom (i dlaczego warto to zrobić).
Możesz zerknąć na niego tutaj, aby ocenić samodzielnie, na którym poziomie się znajdujesz. Jeśli będziesz mieć jakiekolwiek pytania – wystarczy, ze do mnie napiszesz. Z przyjemnością na nie odpowiem i Ci pomogę.
Budowanie trwałej zmiany. Lekcje z pierwszej linii frontu
Praca z ludźmi spoza mojej standardowej bańki sporo nauczyła mnie o zawiłościach percepcji w kontekście technologii. Widziałem ludzi, którzy przeszacowywali trudność pozornie prostych zadań, jednocześnie nie doceniając złożoności tego, co na pierwszy rzut oka wydawało się banalne. Jest też ten wszechobecny (chociaż często – niewypowiedziane) strach, że technologia (w tym AI i automatyzacje) zabierze miejsca pracy. One zdecydowanie zmienią sposób, w jaki pracujemy – to pewne. Ale to, czy będzie to zmiana na lepsze czy gorsze, zależy w dużej mierze od tego, jak się do niej przygotujesz i jak ją wykorzystasz.
Po latach doświadczania zarówno sukcesów jak i porażek w “transformacji technologicznej”, nauczyłem się, że najczęstsze stwierdzenie – „Chcemy wdrożyć XYZ” (obecnie tym “XYZ” jest AI, bo teraz wszystko musi być AI) – to często najgorszy punkt wyjścia. To jak z tą aplikacją dla Pittsburgh Penguins, o której wspomniałem Ci na początku – można tak się zachłysnąć technologią, że zapomnimy, co właściwie chcemy osiągnąć (oprócz wydania kupki pieniędzy, rzecz jasna).
Prawdziwa zmiana zaczyna się od zrozumienia obecnej sytuacji, problemów i celów. Słyszałem o zbyt dużej liczbie firm, które próbowały wskoczyć we “wdrożenie AI” (cokolwiek to dla nich znaczyło) bez zrozumienia co tak naprawdę chcą osiągnąć. Co więcej, nawet jeśli osiągnęły początkowo efekty (najczęściej w odniesieniu do najpopularniejszych, bardzo podstawowych zastosowań), to bez zadbania o wprowadzenie trwałej zmiany, pojedyncze zrywy nigdy nie przynosiły trwałej zmiany, a co za tym idzie – oczekiwanych rezultatów. Z mojej perspektywy po prostu… szkoda na to wszystko kasy. Sytuacja jest bardziej skomplikowana i zdecydowanie nie da się jej rozwiązać pojedynczym (czy nawet potrójnym) warsztatem bez zrozumienia wszystkich obszarów i mechanizmów, które spajają je wszystkie ze sobą. Wiesz, że każdy biznes jest inny – to nie pomaga.
(nawet nie wiesz jak kusi mnie, aby zagłębić się tutaj w detale – pewnie dlatego, że ostatnie tygodnie spędziłem głównie nad rozwojem naszego frameworku do wprowadzania tych zmian)
Te wszystkie lekcje i obserwacje prowadzą nas do fundamentalnego pytania: co to wszystko oznacza dla przyszłości organizacji i ludzi, którzy w nich pracują?
Dlaczego Ci o tym opowiadam?
Rzadko stawiam predykcje odnośnie przyszłości, ale tutaj się o nią pokuszę.
Organizacje, które będą prosperować w nadchodzących latach, to nie te z najnowocześniejszą technologią, ale te, które najlepiej umożliwią swoim ludziom jej wykorzystanie. To będą te firmy, które rozumieją, że omawiana transformacja nie ma miejsca docelowego – jest ciągłym procesem uczenia się i adaptacji.
Przyszłość należy do organizacji, które potrafią zbudować tę zdolność na wszystkich poziomach. Technologia będzie się nadal rozwijać (i prawdę powiedziawszy będzie za tym wszystkim coraz trudniej nadążyć), dlatego ważne jest budowanie organizacyjnego „mięśnia”, który pozwoli ewoluować wraz z nią.
Patrząc wstecz na moją własną drogę – od zafascynowanego technologią nastolatka po osobę pomagającą organizacjom w transformacji – widzę, że ta droga zajęła mi prawie dwie dekady. I chociaż nie da się przeskoczyć pewnych etapów, to można je przejść znacznie szybciej, mając odpowiednie wsparcie i zrozumienie celu, do którego chce się dotrzeć.
Niezależnie od tego, czy jesteś właścicielem firmy, managerem czy specjalistą, zachęcam Cię do refleksji nad tym, gdzie jesteś w swojej podróży z technologią.
Wiem, że łatwo jest odkładać takie tematy na później – w końcu zawsze jest coś pilniejszego do zrobienia. Ale pamiętaj, że ta zmiana już się dzieje, a im wcześniej zaczniesz świadomie przez nią przechodzić, tym więcej możliwości przed Tobą się otworzy. Bo ostatecznie nie chodzi o to, by być pierwszym czy najszybszym, ale o to, by być przygotowanym na przyszłość, która nadchodzi szybciej, niż nam się wydaje.